Menu

Portrety i inne bzdety

Widzę i opisuję, bo tak mam. Blog z miłości do słów i fascynacji światem we wszystkich odcieniach szarości i pomarańczy. I pomelo.

Siostry trzy, czyli zlot czarownic.

soniagalka

Jesteśmy trzy, blondynki, jasne oczęta, ciut przydługie noski, nerwy na wierzchu i serca na dłoni, prawie takie same, ale w każdej inna krew: od uniwersalnego dawcy po biorcę. Bliskie duchem, rozstrzelone po świecie, podzielone górą, rzeką, morzem, oceanem. Dziesięć lat minęło od ostatniego zlotu Gałkówienek, wielkie nieporozumienie. A to oczywiście wina życiowej niesprawiedliwości i okrucieństwa losu, nie zaś całkowitej dezorganizacji i braku logiki w podejmowanych działaniach, czy decyzjach. Co było, to było. W końcu ta najtrudniej osiągalna siostra postanowiła ruszyć swój zacny zadek na stary kontynent i zaszczycić swą ojczyznę obecnością w czasie najładniejszych katolickich świąt.

Klops. Nie może być przecież normalnie. Musi być niespodzianka, toteż niepomna całkowitego rozbicia i rozrzucenia rodziny oraz wzmożonej mobilności Polaków po wstąpieniu do strefy euro Amerykańska Siostra ciut zbyt późno orientuje się, że żeby kogoś zastać w którymś z domów, chciał nie chciał, zapowiedzieć się musi. W międzyczasie Siostra Polska kupuje bilet do Siostry Brytyjskiej i okazuje się, że S. A. spędzi święta odbijając się od wciąż niestrudzonych we wzajemnych fochach rodzicieli. Szybka akcja, lot przez Londyn, postój dwa dni. Zabukowane. Lepszy rydz, niż nic.

Oczekiwanie na siostrę pełne było emocji. Ileż nadziei ze spotkaniem związanych, jak dużo do nadrobienia. Ile trzeba jej wbić do głowy, a ile wybić i cóż ona tak szczerze myśli teraz o nas? No i trzeba wygospodarować czas na wspominki. Ceglane zabójcze budowle i podwórkowe teatry!Nasze polowania na żaby! Hodowla skrzeku i uwalnianie kretów. I bażantów. I malowanie żółwi. Bo wieś to przecież zwierzęta. A teraz okazjonalne newsy z Queens okrężną drogą do Kielc, czy Lublina. I nikt nigdy nie wie, co i kto w tej rodzinie wie, co trzeba przekazać a co przemilczeć. No rzesz kurwa.

Pełna mobilizacja i dużo samozaparcia – plan gotowy. Element niespodzianki zostaje zachowany w stopniu ułamkowym: już tylko przed rodzicami należy kryć przybycie siostry. S. B. nie czuje się szczególnie obarczona odpowiedzialnością dochowania sekretu; przez telefon trudno rodzicom wyczuć, że ona wie coś, co mogłoby ich ruszyć. Gorzej S. P., czyli mnie we własnej osobie, podjaranej do granic możliwości opcją spotkania obu gwiazdek.

Let the game begin! Dzień przed wylotem do Londynu S. P. (moi) otrzymuje paniczny SMS ze Stanów: "Siostro ma, trzeba dopilnować, żeby ociec nasz był w domu gdy zawitam! Wtajemnicz waśćka zacną konkubinę!". To też w pełnej konspiracji czynię. W atmosferze ojcowego gniazdka zawisa niepokój, nastój oczekiwania się udziela, a biedny staruszek boi się pytać, kto umarł. Spuszczam oczy, błądzę, dom opuszczam, kiedy tylko nadarza się okazja. Wracam i znowu zwrot. Szanowny Ojciec chodzi i chichocze, może zwariował, a może wie, cholera, a przecież wiedzieć nie miał. Unikając spojrzenia z lekka zezuję, jąkam się, a tu pytania wprost brak. Przysięga ciąży na mnie jak średniowieczna zbroja i nie mam się gdzie schować. "A ty nie masz mi, córciu, nic do powiedzenia?" Wychodzę z kuchni, a herbatka w rąsi drży. Tatko drepcze w me ślady, zasiada naprzeciw i milczymy sobie. Minutę, dwie, dziesięć. Wiadomości, pogoda, sport, morderstwa, lawiny, zamarznięci bezdomni, a ociec bezwstydnie parska co i rusz. Kto kogo przetrzyma, oto jest pytanie? Siostrzane usta nie puściły, ale oćcowe tak. I dawno nie czułam się tak oszukana jak w dniu, w którym powierzony sekret wypaplała główna zainteresowana. Próba była ciężka, dezodorant się nie sprawdził, ale przyznanie tytułu osoby najlepiej w rodzinie strzegącej tajemnicy bezapelacyjnie trafił do mnie. Ha-ha!

(Stop! Wróć! To wcale nie było tak! Okazuje się, że dwie rzeczy mnie zawiodły, ale nie moja siostra. Po pierwsze rozczarowuje moja kiepska pamięć. Po drugie - banalność wybranej opcji fikcyjnej. Prawda była ciekawsza: w plan przylotu S. A. wtajemniczona zostaje nasza matka, przebywająca wciąż w rodzinnym Zawiściówku. Traf chciał, że pochwaliła się komuś rychłym przyjazdem swej pierworodnej, a wieść poniosła się dalej z prędkością błyskawicy. Mniej więcej w tym samym czasie ojciec wybiera się z wizytą w rodzinne strony i kieruje swe kroki ku aptece (leki - pasja rodzinna). Tam stara się nie paść z wrażenia, kiedy pani aptekarka wyraża swoją radość z powodu zbliżającej się niecodziennej wizyty. Tak więc wśród przyczyn upadku misternego planu surpryzy nie należy upatrywać elementu zdrady (przepraszam, siostro, przepraszam!), a jedynie najzwyklejszego przypadku.)

Nie bez przygód, o których kiedy indziej, docieram do zamarzającej chatki Siostry Brytyjskiej. Kolejna niespodzianka, bo takich świąt to tu jeszcze nie widziałam. Mróz, zamiecie, zaspy. Autobusy nie kursują, zamknięte centra handlowe. Wiecznie letnie opony Angoli skutecznie uniemożliwiają wyruszenie zaparkowanych przy chodnikach samochodów, więc zamiast joggingu mam możliwość trenować wypychanie aut zdezorientowanych (i jak pięknie wdzięcznych!) tubylców. I wieczorne modlitwy Gałeczek dwu: niech nie zamykają Heathrow, niech nie zamykają Heathrow. Stres jest duży bo już Stansted nie działa, już sparaliżowało Luton. W wiadomościach smutni Hiszpanie uwięzieni na lotniskach płaczą za przyjazną ojczyzną i rodzinami pochylonymi nad wigilijnym stołem; a to nie tylko tu, bo i w Niemczech płaczą i gdzieś w Skandynawii, ale ci nas nie wzruszają (mało w nich ognia). Wybija godzina zero. I jesteśmy w dupie... Szybka akcja, lot przesunięty, bezpośredni do Polski. W drodze powrotnej, po świętach i z nowonarodzonym Chrystusem w sercu, postój w Londynie, dwie godziny. Zabukowane. Lepszy rydz, niż nic.

Oczekiwanie na siostrę pełne było emocji. Ileż nadziei z nim związanych, jak dużo do nadrobienia. Ile zdążymy sobie powiedzieć? Eh, dupa blada... Wybija godzina Zero Dwa. Gałki dwie wyruszają naprzeciw siostrze ze sporym zapasem czasu, tak na wszelki wypadek (wczesne wychodzenie – moja specjalność). Niepokoi nas nieco brak informacji na temat dokładnego punktu spotkania, numeru lotu, którym siostra przybywa i tego, którym leci dalej. Niepokoi nas brak wiedzy na temat terminalu, na którym miałybyśmy jej szukać, wszak Heathrow duże w chuj (tak tak, na tym lotnisku zdarzyło mi się płakać już wcześniej). S. B. zachowuje zimną krew i szybko orientuje się w terenie (jej specjalność). Wiemy mniej więcej gdzie możemy czekać. Niemniej jednak po upływie godziny od planowanego przylotu S. A. emocje sięgają zenitu. Żaden z telefonów, pod którym próbujemy znaleźć jakieś wskazówki - ani tata, ani mama, ani, przede wszystkim siostra - nie odpowiada! Wreszcie, spanikowana i płacząca mama (jej specjalność) melduje nam, że siostra nasza amerykańska jest w Londynie (niezwykła precyzja w ustalaniu lokalizacji – specjalność S. A. i wtórnie moja), że źle się czuje i że nie może się z nami skontaktować, bo z powodu kaca i gorączki spakowała telefon do głównego bagażu, który jest już prawdopodobnie w samolocie, którym ma kontynuować podróż. Dodatkową, niezwykle pomocną wskazówką było obwieszczenie, że kończą jej się drobne i już więcej zadzwonić do Polski nie może, a nagrywa się mamie zamiast zadzwonić do kogoś, kto odbiera, bo to jedyny numer, który pamięta.

Cóż czynić? Gałki dwie szukają odpowiedzi w swych oczach wzajemnie, nie znajdując nic. Ustalamy fakty. S. A. jest gdzieś tutaj. Jest tutaj i płacze. Mnie też chce się płakać, ale S. B. znowu staje na wysokości zadania. Raz jeszcze okrążamy teren. Gówno. Siadam, do odlotu naszej siostry została już niecała godzina, a nam jeszcze nie udało się spotkać. Siadam, poddaje się.

I wtedy S. B. rzekła: znajdźmy Internet. Prawda, nie widziałam najmniejszego sensu tej propozycji, zwątpiłam. Siostra jednak uparła się, że może na fejsie właśnie dorwiemy naszą zgubę. Ruchome schody wiodą nas na górę, na wprost kafejka, ale cholera wie jak to dziadostwo obsługiwać. I wtem, niespodziewanie, uszu pochylonych nad piekielną maszyną sióstr dobiega zdławiony szlochem okrzyk GAAAŁKIIII!!! Oto ona ona, nasza wytęskniona, siedzi przed kompem za dyktową ścianką i też nie wie jak to włączyć i płacze, i nie wierzy w cud tego spotkania.

Tak oto z planowanych dwu dni wielkiego reunionu ostało nam się czterdzieści minut. Większość czasu oczywiście przepłakałyśmy drąc ryje i niepokojąc przechodniów. Wraz z emocjami opadła z nas wszelka energia i rozmowa zeszła na sprawy najbardziej aktualne. Wymiana prezentów (hojność – specjalność S. A.) i... szukanie miejsca odprawy.

Pół godziny na dekadę? A co tam, cieszymy się z małych rzeczy. Tulenia nie było wiele, ale przecież na macaniu świat się nie kończy. No i przecież jest Skype, pogadać zawsze można. (Błogosławiony niech będzie Internet.) A najważniejsze, żeby życie było pełne wrażeń. A absurdalne przygody to przecież nasza wspólna specjalność.

 

 



© Portrety i inne bzdety
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci