Menu

Portrety i inne bzdety

Widzę i opisuję, bo tak mam. Blog z miłości do słów i fascynacji światem we wszystkich odcieniach szarości i pomarańczy. I pomelo.

Jerzy Pilch, Wiele Demonów

soniagalka

Powieść metafizyczna z wątkiem kryminalnym? Kryminał metafizyczny? Powieść społeczno-obyczajowa, portret śląskiej wsi lat 50 XX wieku? Trudno powiedzieć, wszystko za jednym zamachem. I z szalonym rozmachem – bagatela, prawie 500 stron emocji napiętych do granic możliwości.

 

Jako prawdziwa polonistka gardzę literaturą polską, co oczywiście jest wynikiem pięcioletniej przygody z historią owej literatury, epoka po epoce, dzieło po dziele, geniusz po geniuszu. Powszechna była traktowana po macoszemu. I dzięki bogu, nie wszystek ciekawość zabito we mnie.

 

Jak chodzi o Pilcha - odrzuciłam z góry. Znając narodowość pisarza, nie kwapiłam się do zgłębiania twórczości. Owszem, jako dziecko permanentnie cierpiące na zatwardzenia i wychowujące się w domu funkcjonującym na bazie tradycyjnie ciężkiej kuchni polskiej, miałam niejednokrotnie sposobność wertować stosik gazet wiecznie zalegający na półeczce koło sedesu. Tam właśnie z odmętów piętrzących się gazet wyławiałam zwykle Politykę i niewiele rozumiejąc, ale doceniając potoczysty język ładnie uśmiechającego się ze zdjęcia autora, zaczytywałam się w owym czasie felietonami Pilcha. Na czas dojrzewania i niekończącego się dojrzewania – przerwa. Przełom w naszej relacji nastąpił dzięki (kiepskiej BTW moim zdaniem) ekranizacji Pod Mocnym Aniołem, której zapowiedzi zmotywowały mnie do sięgnięcia po powieść (podobnie z resztą jak z Kamieniami na szaniec. Uświadomiwszy sobie jednak, że swego czasu piłam z jednym z odtwórców ról głównych, wyjścia do kina jakoś zaniechałam).

 

Wiele demonów Jerzego Pilcha to jedna z tych książek, po przeczytaniu których nie podoba się nic innego. Boli, pozostawia pustkę nie do zapełnienia. Brzmi to żałośnie, owszem, jednak od tygodnia nie mogę się uratować nawet ulubionymi autorami – wszystko to nic. Choć nie gustuję w kilkukrotnym czytaniu tej samej książki, do tej wrócę niewątpliwie. Ba, więcej! W tym właśnie momencie po raz pierwszy podjęłam na poważnie decyzję o niepożyczaniu książki nawet najbliższym. Nawet Tacie, nawet Rudej, ani Ewie. Nikomu!

 

Bohaterowie.

Zbiorowy. Mieszkańcy polskiej wsi wielowyznaniowej z przewagą protestantów. Pięknie nakreślona hierarchia, doskonale określone relacje. Pełna jasność we wszystkich komplikacjach.

Indywidualni. Każdy inny, skończony i pełen. Ci ważni: naczelnik poczty, samozwańczy prorok, pastor, żona pastora i ich córki, madame Wzmożkowa, młody Wzmożek i Wzmożek (mniej ważny dla fabuły, ale jak intrygujący!), Juliusz (na tle reszty raczej pokrzywdzony, niewyraźny), lekarz, narrator (chłopiec, niby uczestnik, baczny obserwator). I nie potrafię zrozumieć jak to jest możliwe, żeby jeden człowiek, nawet jeśli to pisarz, potrafił tak szczegółowo opisać różne osobowości, przebadać i odmalować ich zachowania, a na koniec umotywować i wpędzić w konsekwencje. Bohaterowie Pilcha są żywi, są mi osobiście znani z życia codziennego, ale tu dopiero nakreśleni tak szczegółowo (nie nudno!) i doskonale, że jeszcze nigdy czegoś takiego nie czytałam. Jak można tak znać ludzi?

 

Jedna z najciekawszych (obok swojego męża) moim zdaniem postaci to bardzo ciężki przypadek. „Zerowa ocena rzeczywistości połączona z pewnością absolutnej wszechwiedzy to jest przypadek nierzadki, pozornie prosty jak drut, w tym kazusie nie do rozwikłania.”

 

Tło historyczne i ideowe – baaaardzo wyraźne. Rysowane w rozmowach i działaniach bohaterów. Marzeniach i dążeniach. Kreślone rekwizytami i scenkami rodzajowymi. Przy kolacji i w terenie. Przy wigilii i awanturze na skalę ogólnowiejską. Żadnych zbędnych tyrad i wyjaśnień. Wszystko trzyma się kupy i wypływa jedno z drugiego.

 

No i wątek magiczno-metafizyczno-ezoteryczny. Nie, nie wszystko jest jasne, ale nie można mieć o to do autora żalu. Wiadomo, że to, co ma być powiedziane czytelnik zrozumie a to, co służy zaniepokojeniu, też działa doskonale.

 

„Zasada jest identyczna jak we wszystkich książkach, a może nawet we wszystkich dziedzinach. Rozróżniasz tajemnicę pozorną od prawdziwej. Obie rozróżniamy. Możesz nie rozumieć tajemnicy, może nawet nie powinnaś jej rozumieć, ale czujesz, kiedy ktoś mydli oczy, a kiedy z czymś prawdziwym się boryka.”

 

Wstrząsa wielość, nieskończoność poruszanych zagadnień, problemów i demonów męczących człowieka. Jest tego trochę.

 

Samobójstwo, pomyślane po mojemu, a nigdy nieopowiedziane. „Myśl, by po śmierci jak najmniej zawadzać, może nie stała się obsesją, ale kierowała wieloma rzeczami. (…) Dlaczego na przykład mieliśmy upór, by w wannie, w której nas znajdą, nie było ani krwi, ani wody, ani krwi zmieszanej z wodą? Dopiero teraz umysł osiągnął lekkość, a język potoczystość. Baliśmy się mianowicie, że roztwór skamienieje i trzeba nas będzie wyrąbywać ze szkarłatno-czarnego kryształu. Albo omywać z krwistej mazi. Pozycję przybraliśmy maksymalnie horyzontalną, żeby nie było problemów z prostowaniem ciał.”

 

Alkoholizm, historia mechanizmów i objawów, które klepię i rozpracowuję uparcie już prawie od roku. Koncentracja życia wokół picia, przykład z typowej pracy terapeutycznej i profilu jednego ze sztandarowych typów alkoholików. „Niebroń prócz rosyjskiego mówił jeszcze po angielsku, francusku, litewsku i włosku, i w ogóle był nie tylko wykształconym, nie tylko światłym, nie tylko bystrym, ale też wielce charyzmatycznym nauczycielem. Dołóżmy wyjątkowe poczucie humoru i dżentelmeński sposób bycia – łatwiej będzie zrozumieć, dlaczego raz po raz wybaczano mu gorzałkową słabość. Gdy jednak któregoś dnia jak zwykle wyszedłszy się pokrzepić, nie tylko nie wrócił na lekcję, ale na wiele godzin w zupełnej nieprzytomności zaległ w ustronnym miejscu, sytuacja stała się gęsta i graniczna. (…) najgłębszy – też w sensie literalnym upadek zdarzył się nie tylko w złym czasie, ale i w złym, a prawdę powiedziawszy: w najgorszym z możliwych miejscu. Podczas mianowicie niezmiernie uroczystej akademii szkolnej kompletnie pijany rusycysta osunął się z krzesła i zlawszy się w portki, usnął na podłodze. Krzesło stało za stołem prezydialnym, stół na podium, akademią czczono rocznicę akademii październikowej. Czy trzeba coś jeszcze dodawać?”

 

Dodam jeszcze, choć niezbicie dowodzą tego już przytoczone wyżej fragmenty, że język Pilcha w Wielu demonach wbija w fotel i każe przegapić przystanek z przesiadką.

 

A czy na twojej półeczce stoją już Demony? Ja mam, Ola ma – nie bądź gorszy! :p

 

Jerzy Pilch, Wiele Demonów

 



© Portrety i inne bzdety
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci