Menu

Portrety i inne bzdety

Widzę i opisuję, bo tak mam. Blog z miłości do słów i fascynacji światem we wszystkich odcieniach szarości i pomarańczy. I pomelo.

Wielkanoc młodego alkoholika ateisty ekshibicjonisty

soniagalka

Śniadanie wielkanocne spożyłam dziś w spokoju. Na talerzu pomidor z mozarellą w soli i pieprzu, wszystko na bogato polane oliwą. En face monitor mojego lapka, na monitorze całkiem ruchliwa jak na ten rodzinny poranek tablica fb. Na stole, oprócz talerza z jedzeniem, kawy w cudnym, różowym kubeczku z sówką od mojej kochanej Ewuni (jeden z tych przedmiotów, których znaczenie rozlewa się znacznie szerzej poza definicję słownikową) i komputera: drugi talerz (nie dla niespodziewanego gościa, talerz z prostownicą do włosów), akcesoria do kręcenia śmiercionośnych papierosów (których i tak nie mogę palić z powodu zniewalającej grypy), masa leków, spódnica tiulowa, ramka jeszcze bez zdjęcia, Daisy Duck z hula-hop od współlokatorki Katarzyny, która dogorywa w swoim pokoju, chusteczki higieniczne, dwa notatniki, parasol, portmonetka z podpaskami i innymi akcesoriami okołomiesiączkowymi, wydanie Time z grudnia 2012 roku i głośniki, z których ochoczo napierdziela Last Christmas. Wymienione w kolejności przypadkowej jak ich obecność na stole.

 

Wyciszony w celu nie nabrania niechęci do nowego dzwonka telefon wibruje, naprzemiennie donosząc o: zaburzeniach psychicznych nieugiętego w molestacji ex-a, przypadkach przy stole wielkanocnym cierpiącej w gronie rodzinnym przyjaciółki i sporadycznych życzeniach od bliskich znajomych. Wyciągnięty spod pachy, lekko spocony termometr wreszcie decyduje się pokazać konkretną gorączkę, a nie jakieś tam marne 37,2.

 

Próbuję przypomnieć sobie last easter. Nie mogę. W głowie majaczy wiele różnych zmartwychwstań Chrystusa, ale w żaden sposób nie potrafię przyporządkować im dat. Czy to w zeszłym roku piłam do utraty przytomności w tunelu ze śp. Klaudią i resztą ekipy kieleckiej, żeby w lany poniedziałek chwiejnym krokiem wracać od Olka do mieszkania taty i tam dogorywać resztę świąt? Chyba nie. Czy może byłam w domu rodzinnym i dla kurażu popijałam ukradkiem likiery, wina i wódeczki z bogato zaopatrzonego barku, który nęcił zniewalającą urodą i puszczał oczko z kredensu dokładnie naprzeciwko mojego miejsca przy stresującym stole? Czy to było jakieś mniej spektakularne picie w Kielcach, czy może to było już w trakcie ciągu ostatecznego i zalewałam się w stolicy z towarzystwem z bramy przy pijalni wódki? Bóg raczy wiedzieć. Chrystus. Lub Duch Święty. Amen.

 

O pozostaniu w jaskini lwa na te święta zdecydowałam w ostatniej chwili, choć dojrzewałam doń stopniowo rezygnując z kolejnych niechcianych punktów programu. Któż mógł przewidzieć, że podejmę decyzję tak drastyczną?! Tak zgodną z moją wolą i dobrem i tak sprzeczną z oczekiwaniami bliskich?! Fakt, stan zdrowia pomógł mi usprawiedliwić tę wybitną fanaberię. Niektórzy też są zatroskani, że spędzę święta samotnie. Ach, te przekonania. Czy jest coś ważniejszego niż spokój ducha? Cóż to zresztą za samotność, kiedy za ścianą cierpi równie zasmarkana Kasia?

 

Mili moi, którzy dotarliście do końca tych gorączkowych wynurzeń. Mili moi chrześcijanie, katolicy, protestanci, agnostycy i ateiści! Nie z okazji świąt, ale tak przy okazji, pragnę złożyć Wam życzenia. Żebyście zawsze umieli odróżnić własne sądy od utrwalonych w Was przez otoczenie przekonań. Żebyście wiedzieli, co dla Was dobre i potrafili znaleźć w sobie zgodę na spełnianie własnych oczekiwań. Żebyście byli szczęśliwi od święta i na co dzień.

 

Z nowej drogi o pogodnym duchu życzę ja :)

kaczki wielkanocne

Świąteczny obrazek znaleziony w Internecie też musi być.

 



© Portrety i inne bzdety
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci