Menu

Portrety i inne bzdety

Widzę i opisuję, bo tak mam. Blog z miłości do słów i fascynacji światem we wszystkich odcieniach szarości i pomarańczy. I pomelo.

Alkoholizm. Dziś już bezwstydnie

soniagalka

Czemu w ogóle to robię? Czemu publicznie przyznaję się do choroby alkoholowej, której „powinnam” się przecież wstydzić? Przecież w konsekwencji ludzie mogą uznać mnie za gorszą, mogę stracić zaufanie, jakim niektórzy mnie darzą, mogę stracić pracę. Mogę też wzbudzić litość, czyli znowu – być ofiarą losu, kimś słabym, dlatego gorszym. To są typowe lęki alkoholika.

 

Na kolejnych etapach terapii, w kolejnych grupach (motywacyjna, podstawowa, nawrotowa) spotykam kolegów borykających się z tym samym problemem – wszyscy straciliśmy kontrolę nad piciem. Mimo jasnej diagnozy, różnie do tego podchodzimy. Jedni oswajają się z tą prawdą szybciej, inni wolniej. Są tacy, którzy łykają fakt w miarę gładko i tym jest łatwiej. Inni, zwłaszcza ci, którzy trafiają na terapię z nakazu sądowego albo są zmuszani przez rodzinę, mogą przejść wszystkie etapy bez przyznania się przed sobą do bycia alkoholikiem. Nie zgadzają się na to ze wstydu i z lęku. Po zakończeniu terapii najprawdopodobniej szybko wrócą do picia. Albo zapijają w trakcie. Chociaż nie tylko oni. Jakaś połowa alkoholików po ukończeniu terapii z czasem przerywa abstynencję. Smutne, ale prawdziwe.

 

Dlatego to piszę. Utrzymuję abstynencję niecały rok. Teraz jest mi z tym dobrze. Mam nadzieję, że niezależnie od okoliczności w jakich mogę się znaleźć, a których przecież nie przewidzę, pozostanę trzeźwa. Nie tylko mam nadzieję – mam zamiar zrobić wszystko co w mojej mocy, żeby być trzeźwą. A ukrywanie problemu wcale w tym nie pomaga.

 

Dokładnie rok temu byłam w swoim najcięższym ciągu. Jechałam na majówkę do przyjaciółki, ale prawie zaspałam na autobus po całonocnej imprezie. W autobusie chciałam umrzeć, a na miejscu dwa dni nie byłam w stanie się praktycznie ruszać – koleżanka donosiła mi zdrowotne napoje i taktownie nie komentowała relacji z zabawy. Cieszyłam się, że mam kogoś, przed kim nie jest mi tak strasznie wstyd się wyspowiadać. Wstyd, ale nie tak strasznie.

 

Po regenerującej majówce było jeszcze gorzej. Bardzo źle. Tragicznie. I bardzo dobrze! Udowadniając sobie raz za razem w krótkich odstępach czasu, że wciąż osiągam kolejne, coraz niższe dna, że jest coraz gorzej, że ciągle tracę coraz więcej i mogę stracić wszystko, zorientowałam się, że potrzebuję pomocy. Nie byłoby ok, gdyby ktoś mnie przekonał, albo zmusił do podjęcia leczenia. Dopiero porządny upadek jest motywacją do szczerej terapii. To jest fakt, którego nie wyssałam z palca – alkoholik, któremu wygodnie, który nie wpadł pod samochód, nie został pobity, okradziony, albo nie skrzywdził kogoś pod wpływem alkoholu, alkoholik, który ma komfort picia i nie odczuwa poważnych konsekwencji – ma przesrane, może iść tylko na dno. Dopiero od dna możemy się odbić.

 

Wracając do głównego wątku – dlaczego to piszę? Bo wiem, kto to przeczyta. Przede wszystkim moi kibice, moi bliscy. Plus garstka znajomych, którym jestem względnie obojętna, ale sensacyjne wiadomości są dla nich zawsze interesujące (i nic w tym złego ani dziwnego). Tak za jednym zamachem chcę powiedzieć wszystkim, że jestem nieuleczalnie chora i że tego nie zmienię. Że zrobię wszystko, żeby moja choroba się nie rozwijała (bo cofnąć jej się nie da). Chcę powiedzieć, że terapia odwykowa nie kończy się uzyskaniem dyplomu i możliwością powrotu do towarzyskiego picia – owszem, dyplom będzie, ale lajtowe picie nie wchodzi już w grę. Chce powiedzieć, że w związku z tym nie oczekuję litości, bo właśnie buduję nową jakość siebie i życia (i podoba mi się!), ale odrobiny wyrozumiałości w kwestii podejścia do alkoholu, a mianowicie: nie namawiajcie mnie. Taka choroba to jest trochę klątwa, a tłumaczenie się z unikania alkoholu bywa męczące. Niestety, odmówię wyjścia do knajpy i siedzenia przy soku, kiedy wszyscy wokół piją. Nie będę dobrze się bawić na tradycyjnym polskim weselu. Nie znaczy to, że będę chciała natychmiast napić się z Wami, a potem wpadnę w ciąg. Za to mogę mieć suchego kaca następnego dnia. Albo i jeszcze następnego. Czyli czuć się naprawdę źle. Że nie chcę czuć się źle, to chyba jasne i chyba można mi to wybaczyć.

 

W napisach końcowych miejsce na podziękowania. Wędrują one do Taty, który jest ze mną mocno w trzeźwieniu i stara się jak może zrozumieć, przez co przechodzi jego stare dziecko. Dalej Nina, Ruda i Ewa, które nie skasowały mnie w chwili, kiedy sama byłam gotowa się skreślić.

 

A teraz w górę pu-erh i na zdrowie!



fazy uzaleznienia od alkoholu i terapia

© Portrety i inne bzdety
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci