Menu

Portrety i inne bzdety

Widzę i opisuję, bo tak mam. Blog z miłości do słów i fascynacji światem we wszystkich odcieniach szarości i pomarańczy. I pomelo.

Druhna z zaskoczenia. I inne niespodzianki też

soniagalka

Cierpienie po stracie. Okropna sprawa. Niby nikt nie umarł, a przechodzi się wszystkie fazy żałoby. Całkiem nielogiczna sprawa – rozstajesz się z facetem, a tu świat się kończy. Niby życie nie jest w żaden sposób zagrożone, niby wiadomo, że zawartość tlenu w powietrzu taka sama i nawet wspólnego kredytu nie było, ale jednak. Oj, szmat czasu musi minąć, zanim uświadomisz sobie, że życie toczy się dalej. A potem olśnienie, (najczęściej wiosną, więc dobrze rozstawać się mniej więcej z końcem marca/kwietnia, chyba że ma się lampę antydepresyjną, ale to droga sprawa) – cholera, życie jest przepiękne w swej samodzielnej zajebistości. Nagle przyjaciół się robi więcej i ptaszyny śpiewają, i w ogóle, i być może kolega się do mnie uśmiecha jakoś bardziej.

 

A potem były chłopak zaprasza cię do polubienia bloga swojej żony, gdzie ta opisuje jak cudnie gotuje się w ciąży, której nie udało się usunąć, bo po tym jak niefartem pękła im prezerwatywa, tabletka wczesnoporonna nie zadziałała, ale teraz się cieszą i właściwie nie wiesz, co o tym myśleć, i potrzebujesz listy uczuć na kartce, którą szczęśliwie dostałaś od terapeuty, żeby oswoić się ze swoim gniewem, nazwać go i z grubsza otrząsnąć. Po trzech dniach, nie krócej, dochodzisz do wniosku, że dobrze się stało, bo tort z Batmanem twojego autorstwa przypominał bardziej jedną z plam Rorschacha i w układzie, gdzie miałabyś popisać się kunsztem kulinarnym, siak czy owak byłabyś skazana na utratę afektacji swego wybranka. Tymczasem szykujesz się w podróż – ślub Emilii w Weronie!

 

Jak przekuć złość we wdzięczność? Wot, nie trudnostka. Gdyby nie-mój-mąż, a były chłopak nie stwierdził, że woli Warszawę ode mnie, a najbardziej Warszawę beze mnie, w życiu nie zdecydowałabym się wyruszyć na podbój stolicy (na złość! A właśnie, że dam sobie sama radę!), nie zamieszkałabym z Emilką i nie zadzierzgnęłybyśmy znajomości tak bliskiej, bym była obecna w alkowie strojącej się do ślubu Panny Młodej. No i w piwnicy. Właściwie więcej w piwnicy, ale ok.

 

Emilia, moje wsparcie w pierwszych krokach stołecznych, najlepsza przyjaciółka mojej siostry, to uosobienie wszystkich brakujących mi cech, które skupiają się właściwie w jednej największej, najwspanialszej, najbardziej pozazdroszczenia godnej cesze – bezgranicznym spokoju. Owszem, mieszkając z nią nie raz i nie dwa miałam ochotę popchnąć ją, żeby zrobić coś szybciej, ale fakt obcowania z najlepszą osobą na świecie zawsze krępował mi ręce. Ton głosu Emilki, kiedy wybiegam mocno spóźniona do pracy i prosta prawda słów: Soniusiu, przecież nic się nie stanie jak się spóźnisz. Przylep plasterek na odcisk – miały moc kojącą i wspomnienie tej sytuacji do dziś pozwala mi wyhamować w momentach szczególnego stresu. Zawsze spokojna, nigdy niekrzycząca, nienachalnie uparta i konsekwentna Emilka napotyka na swojej drodze statystycznie tyle przeszkód, co my wszyscy, a wszystkie pokonuje w swoim miarowym tempie.

 

W dniu ślubu stoimy pod bramą: ja, Aga i Tata Panny Młodej. Wciskam po kolei wszystkie guziki przy dwóch domofonach w nadziei, że któryś odpowie. Żadna z nas nie jest tą oficjalną druhną, ale mamy wiązać gorset. Dom (mimo zaparkowanej przez bramą limuzyny i oczekującego kierowcy) zdaje się być uśpiony. W końcu Pan Młody wypada w popłochu, już nie mówi po angielsku, krzyczy po włosku głosem w panice i na granicy płaczu – zgodnie z obyczajem nie widząc się z oblubienicą w dniu ślubu, nie miał jak się uspokoić. Po wstępnej próbie ucieczki przed intruzami z przyszłym teściem włącznie, przywołany do porządku, wpuszcza nas na podwórko. Obie na szpileczkach wbiegamy na górę, tam Emilka już prawie gotowa, uśmiechnięta i jak zwykle opanowana ordynuje: Aga będzie wiązać, ja zaś zostaję odesłana do piwnicy, gdzie na przypięcie do maski limuzyny ma czekać ozdobna wiązanka. Jakież było moje zdumienie, gdy ozdobna wiązanka okazała się różami i krzaczkami pozostałymi z wczorajszego strojenia kościoła (tak, to też nasze dzieło), a z których pół godziny przed ślubem, w panice i popłochu, wśród niezrozumiałych wskazówek przyszłego teścia Emilii i jęków lękającego się o karoserię właściciela limuzyny, kleciłam moją pierwszą wiązankę na ślubne auto. Proszę Państwa, oficjalnie jestem florystką! Bukiet się udał. Co prawda nie przypominał klasycznego stroika na powóz Państwa Młodych i pod kościół dotarł lekko zwisając; nie by też nazbyt okazały – jednak zważywszy na specjalne okoliczności, nie do końca sprzyjające warunki (krytyka i krzyki sterczących nad kwiaciarką mężczyzn) mam z czego być dumna.

 

Ślub Emilii i Fabio odbył się 17 maja w pamiętającym ciemne średniowiecze Kościele Santo Stefano, skromnie ustrojonym wspólnymi siłami trzech świętokrzyskich dziewcząt pod nadzorem teścia-to-be Emilii i ze wsparciem moralnym Pana Młodego oraz jego świadka. Fakt, że ceremonia odbyła się o czasie, zgodnie z planem, bez zakłóceń i przeszkód, wydawałby się niemożliwy, biorąc pod uwagę luz Emilii i wielką improwizację towarzyszącą ostatnim przygotowaniom. A właśnie tak było! Młodzi ślubowali z radością, starzy się nie wtrącali, ksiądz się śmiał, a ja musiałam przełknąć łzę i gluta wzruszenia większe niż podczas oglądania Chirurgów w trakcie PMS’u.

 

Więcej takich ślubów! I więcej takich ludzi, więc oby Młodzi mnożyli się pomyślnie :D

 

 



© Portrety i inne bzdety
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci