Menu

Portrety i inne bzdety

Widzę i opisuję, bo tak mam. Blog z miłości do słów i fascynacji światem we wszystkich odcieniach szarości i pomarańczy. I pomelo.

Nimfomanka, Lars von Trier

soniagalka

Na Nimfomankę miałam iść do kina z dziewczynami. Nie udało się. Zabiegana byłam i cała w niedoczasie, poszły beze mnie. A ponieważ opinie były w większości negatywne, podczas gdy ja darzę von Triera uczuciem szczerym i niezmiennym, na obejrzenie filmu napaliłam się jak szczerbaty na suchary. Dłuuuugi, deszczowy weekend majowy sprzyja nadrabianiu zaległości, obie Nimfomanki niniejszym zmiażdżyłam. I bardzo cieszę się, że w samotności i w zaciszu własnej jaskini. Toż w kinie pewnie nie udałoby mi się skupić na filmie. Cały czas koncentrując się na tym, co mógłby zobaczyć na mojej twarzy ktoś, kto mógłby w ogóle zobaczyć moją twarz w ciemnościach kina, nie chłonęłabym jak należy. I chociaż wiem, że małe jest prawdopodobieństwo, żeby ktoś mi się w kinie przyglądał (i to jeszcze podczas takiego filmu!) to paranoja jest paranoją i póki co nie będę z tym walczyć.

 

A jeśli chodzi o sam film, oczywiście jestem pod wrażeniem. Spodziewałam się pornola, raz: wnioskując ze zniesmaczonych, zawiedzionych, rozczarowanych komentarzy bliskiego otoczenia, dwa: wnosząc z plakatu (który był ściemą totalną).

 

Nimfomanka jest dziełem sztuki, przez co możemy ją ustawić w opozycji do większości współczesnych produkcji filmowych (dzień wcześniej obejrzałam Poradnik pozytywnego myślenia, który owszem, też bardzo mi się podobał, ale inaczej). Podczas gdy normalne filmy zdają się pełnić przede wszystkim funkcję oczyszczającą, co osiągają poprzez wzbudzenie emocji opowiadaną historią, doprowadzenie widza do szczytowego momentu napięcia i rozładowanie, w Nimfomance tego nie ma. Owszem, napięcie wzrasta w czasie, jednak w obrębie każdego rozdziału i niezbyt dramatycznie, a podział na kolejne sekwencje opowieści sprawia, że w sumie całość (dwie części) płyną mniej więcej tym samym rytmem. Nimfomanka, podobnie jak większość filmów Triera, ma się do reszty kina jak haute couture do odzieży prêt-à-porter. Piękne, a nie użytkowe.

haute couture i prêt-à-porter

Tym razem reżyser ujął to mniej wyraźnie niż w Dogville czy Manderlay, ale i tym razem jego film nie jest historyjką opowiedzianą na ekranie, ale dziełem sztuki. Zaś potwierdzeniem takiego zamysłu są również liczne dygresje kulturowe, w tym literackie, muzyczne i religijne. Film wpasowuje się w jedną z bardzo starych konwencji, a klasyczne dla niej tytuły przywołane są wprost: Opowieści kanterberyjskie, Dekameron, Baśnie tysiąca i jednej nocy. Jako artysta Trier wychodzi z założenia, że wzruszyć opowiedzianą historią to za mało. Odbiorcę trzeba zachwycić bogactwem formy, w jaką ubiera opowieść. Co czyni, choć z drugiej strony minimalizm przebijający z szaro-burej scenografii, eliminacja jakichkolwiek niepotrzebnych osób, statystów, przedmiotów - odsyłają do wspomnień o nieodżałowanej Dogmie. Nadanie niecodziennej formy opowieści tytułowej nimfomanki odbywa się na poziomie słowa, a nie efektów specjalnych czy rekwizytów. Kontrast żyjącej wyłącznie w świecie swojej cielesności (w porywach do tłumionych zwykle emocji) Joe z funkcjonującym w świecie tekstów kultury Seligmanem (co ma znaczyć Szczęście) nadaje całości formy dzieła. Nie byłaby nim historia Joe opowiedziana bez tego tła. Bez starego Żyda-erudyty-prawiczka opowieść kobiety byłaby historyjką rzędu Dzieci z dworca Zoo. Z kolei Seligman, stanowiący siebie samego przez zaprzeczenie (niewierzący Żyd, mężczyzna niepodejmujący aktywności seksualnej, człowiek, który lubi książki o wędkowaniu, a nawet akcesoria do niego służące, ale nie wiemy na pewno, czy kiedykolwiek wędkował) nie wzbudziłby zainteresowania, gdyby jego intelektualne wstawki nie były odpowiedzią na słowa, które spodziewalibyśmy się, że wzbudzą raczej emocje niż skojarzenia.

 

Następne zdanie będzie odkrywcze. Nimfomanka to historia choroby kobiety uzależnionej od seksu. (a nie mówiłam?) Oto wypisuję banał, którego jakoś w pobieżnie przejrzanych recenzjach w necie nie wyhaczyłam. A uważam, że to bardzo ważne. Trier, który jest oczywiście nie tylko reżyserem, ale także twórcą scenariusza, drobiazgowo opracował temat, dzięki czemu możemy dokładnie przyjrzeć się poszczególnym etapom rozwoju uzależnienia Joe. Więcej! W tym okrutnie długim filmie, który został podzielony na dwie części chyba tylko w celu obdarowania widza szansą na siku, papierosa i posiłek (a potwierdzeniem tej tezy jest niewielki odstęp czasowy między premierami kolejnych części) poznajemy bohaterkę od samego dzieciństwa. Poznajemy jej matkę – „zimną sukę” oraz ojca, który w sumie jest spoko, chociaż umiera w delirce, a więc jak możemy się domyślić, był czynnym alkoholikiem. A więc, choć dzieciństwo teoretycznie bez większych traum domowych, bez przemocy fizycznej w każdym razie, jednak nie za wesołe. Odkrywanie seksualności bez wsparcia znikąd, gdzieś tam z książek, od koleżanki, ale w sumie całkiem samotne. Jednocześnie – rozkosz seksualna to dla Joe jedyna łatwo osiągalna przyjemność. Ogólne zaniedbanie emocjonalne ze strony rodziców (ok, tu sobie dopowiadam, ale w sumie nie poza spacerami do parku nie możemy wnioskować, że z ojcem spędzała czas w jakikolwiek sposób), trudności w nawiązywaniu relacji, niezaspokojona potrzeba miłości. Regulowanie uczuć za pomocą przyjemności seksualnej wchodzi w nawyk, fazę krytyczną, chroniczną… et voila! Mamy kobitkę poza nawiasem.

 

W międzyczasie pojawia się gdzieś szansa terapii, ale Joe zdecydowanie nie jest na nią gotowa. Mechanizmy są silniejsze niż jej wola. Fakt, czuje się złym człowiekiem, ale szybciutko znajduje sobie usprawiedliwienie i obwinia społeczeństwo. To nie z nią jest coś nie tak, to światem rządzi hipokryzja. Na na na.

 

Na zakończenie czekałam z niekłamaną niecierpliwością. I choć spodziewałam się czegoś innego, nie mogę powiedzieć, żebym była zawiedziona. Końcowy monolog Szczęścia na temat zepchniętej na społeczny margines roli kobiet i wynikających stąd niesprawiedliwości uważam za dowcip równy koncepcji plakatu promującego film. Słowa te były drwiną zarówno z widza, który uwierzyłby w taki morał płynący z filmu, jak i z Joe, która miałaby przyjąć gładko taką opinię Seligmana. Spodziewałam się natomiast innego trupa. Jednak nie mam żalu, wobec takiego a nie innego obrotu spraw jestem jak najbardziej za takim, a nie innym nieboszczykiem.

 

Rozpisałam się. Inne plusy tak migusiem, bo kończy się strona w wordzie, a żal kolejną zaczynać. Świetne poczucie humoru! Wciągający dialog. Sporo aluzji kulturowych (Seligman), więc ćwiczenie dla szarych komórek pamięci i prowokacja do poszerzania horyzontów (ciąg Fibonacciego? Cantus firmus?). Trafne i odważne spostrzeżenia na tematy społeczne (Joe). Dobra muzyka. Wcale nie tak dużo seksu (a weźmy paskudne Dziewięć piosenek, albo Wstyd – nie pamiętam, żeby ktoś się bardzo burzył. Nie wydaje mi się też, żeby galeria genitaliów męskich w Nimfomance zalatywała pornografią – ta sekwencja była w moim odczuciu po prostu naturalistycznie obrzydliwa – ojej, wielkie mi to).

 

Kto jeszcze nie widział – smacznego!

nimfomanka



© Portrety i inne bzdety
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci