Menu

Portrety i inne bzdety

Widzę i opisuję, bo tak mam. Blog z miłości do słów i fascynacji światem we wszystkich odcieniach szarości i pomarańczy. I pomelo.

Nie mogę spać i wiem dlaczego

soniagalka
Dzisiaj pierwszy raz od nie wiem kiedy nie mogę spać. 

Przypomina mi się bardzo dawna rozmowa z Miłością Mojego Życia (rzecz jasna od dawna Kogoś Innego). Zapytał po co jestem na świecie. On twierdził, że jest po to, żeby kochać. I wątpię, żeby kłamał. Ja bez zastanowienia odpowiedziałam, że jestem po to, żeby walczyć. I też nie skłamałam.

Tu zawsze był mój wewnętrzny konflikt. W najbliższej rodzinie uchodzę za buntownika. W świecie szerokim ponoć w pierwszym kontakcie sprawiam wrażenie zarozumialca, kiedy tak naprawdę to ja się bardzo boję. 

Bo tu właśnie zawsze miałam ten wewnętrzny konflikt. Między potrzebą forsowania swojego zdania i potrzebą bliskości. Między wielką niezgodą a potrzebą bycia przytuloną. Między złością i strachem przed cudzą oceną tej złości. Między posiadaniem swojego zdania a karą.

Ludzie się zmieniają. Jestem o tym święcie przekonana. Patrzę na siebie teraz i z cierpnącą skórą zerkam wstecz do roku 2013. Oglądam się na zdjęciach, które nie mogą mnie przedstawiać. Patrzę we wspomnienia tak STRASZNIE nie moje. Słucham też obecnych znajomych, którzy opowiadają o rzeczach, jakich przecież nie mogli byli robić! A to oni, to my - przeniesieni w czasie. Ludzie zdecydowanie potrafią się zmieniać.

Ale niektóre rzeczy są chyba za głęboko, żeby je po prostu „przerobić”, usunąć. Z niektórymi cechami człowiek się rodzi, jak z dwiema a nie trzema rękami, szaroniebieskimi oczami, takim a takim nasileniem czucia. Mojego buntu nie wygoniła szkoła podstawowa i środowisko drobnomieszczańskie, w którym przyszło mi dorastać. Mojego buntu nie wygoniły (ach, jakże chybione!) próby nawracania na wiarę. Mojego buntu nie wygonili rodzice. Choć wszystkim razem udało się go na jakiś czas zdusić. Przyduszać. Aż wybuchał.

Każdy taki wybuch: bijatyka, awantura, śpiewanie na ulicy w środku nocy, palenie w autobusach albo ten tragiczny śmiech, to były moje chwile wolności. Kiedy naprawdę w nosie miałam, co kto o mnie pomyśli. Takie chwile ekstazy, kiedy będąc samemu jest się kochanym i tulonym przez wszechświat i nie krępuje cię nic a nic, to przecież prawdziwy rarytas. Tak było. Aż do łez.

Działam w świecie bez znieczulenia i odlotów od czerwca 2013 roku. Mniej więcej. Od tamtego czasu zdarzyło mi się raz krzyczeć podczas kłótni. Uznaję to za olbrzymi sukces mojego wewnętrznego buntownika. To znaczy, że dochodzi do głosu bez wspomagaczy. To znaczy, że on jest bez względu na wszystko. Jest silniejszy niż lęk i - przede wszystkim - jest prawdziwy.

Dziś znowu wychynął. No a gdzieżby?! No w tramwaju. W tramwaju, tu gdzie dzieje się przecież najwięcej. 

Mój buntownik nie wytrzymał obelg i smrodu. Obelgi padały w moją stronę z góry, choć nie mam pewności czy pod moim adresem, to na pewno w moim kierunku. Padały w chmurce woni alkoholu raczej mi nieznanego, z domieszką zapachu drożdży, ale to nie było piwo. Tę woń specyficzną i niesprecyzowaną otulała druga – woń brudu nawarstwionego, konsystencji stałej plus moczu. 

Do przebudzenia buntownik potrzebował 2 przystanków. Do podjęcia decyzji o działaniu jeszcze 3. A do odważenia się na działanie jeszcze jednego. Wiedząc doskonale, że grożący mi „wpierdolem” jegomość nie jest w stanie utrzymać się na nogach bez trzymanki, powinnam chyba była reagować wcześniej. Chociaż i ze świadomością fizycznej przewagi nie miałam komfortu wypraszania go z tramwaju. I choć byłam gotowa do rękoczynu, pomysł z telefonem na policję był dla żula wystarczającym argumentem.

Za trzecim razem dopiero, niestety, a drzwi się już zamykały. Otóż wiedzcie, drogie dzieci, że tempo zamykania drzwi starego warszawskiego tramwaju jest za wielkie dla świeżo zrobionego żula. Żul taki stacza się w stylu klasycznym. Ze schodków, na krawężnik i stamtąd pod tramwaj. Na domiar złego wygląda to na tyle źle, żeby wzbudzić wyrzuty sumienia. Potem żul leży i rusza tymi częściami ciała, które wystają spod tramwaju. I trzeba go stamtąd wyciągać. A skoro okazałam się mężczyzną wcześniej, teraz wyciągam żula spod tramwaju z dwoma ochotnikami płci męskiej. 

Pani motornicza jest zaaferowana. Pani motornicza chce odjeżdżać. Porzucamy żula na przystanku, żul siedzi. My jedziemy i milczymy. Wszystkim jest głupio, bo wyprosiłam żula, a on przecież mógł sobie zrobić krzywdę.

A mnie trzęsą się ręce i czuję, że bym sobie rzygnęła. I wiem, że na mnie patrzą. I chciałabym uciekać. I żeby nie było mi żal żula, albo żebym go nie nienawidziła. Żebym mu nie zazdrościła i nim nie gardziła. Żeby żula nie było, albo był mi obojętny.

Dzisiaj pierwszy raz od nie wiem kiedy nie mogę spać. 

© Portrety i inne bzdety
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci