Menu

Portrety i inne bzdety

Widzę i opisuję, bo tak mam. Blog z miłości do słów i fascynacji światem we wszystkich odcieniach szarości i pomarańczy. I pomelo.

Tydzień zdziwień

soniagalka

Zwykłam zgrywać hardą babkę, taką co to nie daje się zaskoczyć byle czym. Trzymam się tej postawy chyba głównie dlatego, że w ten sposób jest zdecydowanie weselej. Z drugiej strony mam wrażenie, że jak na laseczkę z końcówki lat 80. całkiem sporo już widziałam, dużo przeżyłam i chociaż nie wszystko pamiętam i nie na wszystko odpowiednio szybko/intensywnie reagowałam, w mądrych książkach specjaliści piszą, że sporo z tych rzeczy mogło mi złamać psychikę i można by je nazwać traumą. Cóż.

No ale czasem jeszcze okazuje się, że życie mnie zaskakuje. I najczęściej lubię te momenty, szczególnie jeśli jestem w nich sama i nikt nie może zobaczyć mojej miny. Bo to trochę wstyd jak szczęka opada i widać kamień z tyłu jedynek.

Tamten tydzień zdziwień zaczął się po amerykańsku, bo w niedzielę. Będąc po raz pierwszy w Stanach jako 13-letnia dziewczynka, bardzo zdziwiłam się, że w kalendarzu przed poniedziałkiem jest niedziela. Chociaż na zdrowy rozum to ma sens, poniedziałek jest PO niedzieli, więc po co siłą stawiać go na przodzie? W ten sposób można tydzień zacząć i skończyć odpoczynkiem. Co z kolei się kłóci z pojęciem weekendu. Stop, na kij drążyć...

I ten właśnie tydzień zdziwień, ostatni tydzień lutego, zaczęłam w niedzielę. Turlając się spokojniutko Polskim Busem, w którym znowu nie poznałam miłości mojego życia, za to przeżyłam pierwsze spotkanie z Sylwią Chutnik. Z jej twórczością właściwie. (Synekdocha! Pamiętam! Jeszcze cokolwiek pamiętam!) Samą panią Sylwię widziałam zresztą wcześniej na własne oczy, a co więcej – słuchajcie, to jest dopiero coś – moja znajoma z liceum zna ją osobiście, bo chodziły razem na jakieś zajęcia sportowe, czyli to zupełnie jakbym ja się z panią Chutnik kolegowała. Co nie? No prawie. W każdym razie w weekend chciałam wydać trochę pieniążków, taką miałam fantazję, a że książki, wszędzie krzyczały do mnie książki, a okładka Cwaniar taka ładna to kupiłam i w drodze do domu sobie otworzyłam.

Zdziwienie na niedzielęSylwia Chutnik, Cwaniary

Otworzyłam sobie książkę z wielkim entuzjazmem, bo część pierwsza nosi tytuł Bajki, bójki i brawurki, co skojarzyło mi się z naszą pierwszoroczną paczką polonistyczną, w której byłyśmy 3 i mianowałyśmy się Atomówkami, a więc skojarzyło się miło. Zdziwienie nastąpiło po pierwszym zauroczeniu, kiedy przekonałam się JAK pani Chutnik pisze, CO ona pisze i że pisze właśnie TAK! No bo po tych 5 latach na polonistyce moje uprzedzenie do literatury polskiej wzniosło się na najwyższe wyżyny i wydawało mi się, że poza częścią twórczości Pilcha, Gałczyńskiego, Gombrowicza, Kochanowskiego i Żeromskiego (a właśnie tak :p) nie spodoba mi się już nic w tej naszej narodowej. A tu proszę. Z wymową może niekoniecznie, może trochę dołująco i rozpacz, i dlaczego tak?!, ale zdecydowanie napisane dobrze. Tu w szczegóły się wdawać nie będę, bo może w swoim czasie wdam się osobno, ale do innych książek Sylwii Chutnik z pewnością jeszcze sięgnę. I to z dużymi oczekiwaniami. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. No, chyba że to Słowacki.

 

Prany poniedziałek

 

Kolejne zdziwienie już następnego ranka, chociaż przyczyna miała zasięg bardziej globalny i w sumie widziałam poważniejsze reakcje niż moja. Szczególnie spodobało mi się zachowanie pana o aparycji bezdomnego, który zachwiał się z wrażenia i wykonał pełen zachwytu piruet widząc to, co ja. Otóż pod osiedlowym „Społem” stanął Paczkomat, tylko nie na przesyłki i nie żółty, ale niebieski i na ciuszki. Musiałam podejść troszkę bliżej, bo nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Na mojej ubogiej dzielni stanął Pralniomat! Naprawdę! Jestem bardzo ciekawa, czy takie coś się przyjmie, czy człowiek, który to wymyślił przeprowadził jakieś badania rynkowe i kiedy Pralniomat zniknie. Oczywiście nikomu źle nie życzę, ale sprawa wydaje mi się mocno nieprawdopodobna. Chociaż osobiście mam zamiar skorzystać. Pomysł jest w sumie niezwykle ciekawy, bo nie bardzo mam czas latać do pralni chemicznej, skutkiem czego grozi mi 3 rok w mocno przykurzonym, a ukochanym płaszczyku wiosenno-jesiennym. A tak mogę zapakować płaszczyk do szafeczki na ulicy nawet po północy i ponoć ma czekać na mnie czysty w szafeczce następnego dnia. Trochę mi żal małych Chińczyków zamkniętych w tych szafkach, że tak szybko piorą i to pewnie w zimnie, ale takie są prawa rynku. Kapitalizm, proszę ja Was, takie czasy. A w ogóle to pewnie nie Chińczycy tylko nielegalni imigranci z Afryki przetransportowani do nas z Francji razem z ideą Pralniomatu (jakość HiShine gwarantuje 5àsec).

 

Wtorkowy cios

 

Wszystko ładnie pięknie, aż nie wejdę sobie na fejsbuczka. Tak się jakoś złożyło, że "Ida" dostała Oskara w kategorii 'najlepszy film nieanglojęzyczny'. No to się cieszę, polski film zdobył takie wyróżnienie, chyba lepiej, żeby nas na świecie znali z dobrego kina, niż obciachowych wywijasów europarlamentarzystów. Tym bardziej że widziałam "Idę" zaraz jak weszła do kin i byłam pod wrażeniem. Nie zachwycona, no bo nie jest to najlepszy wybór na randkę jednak, tym bardziej jak Ci się chłop wzrusza do łez i nie wiesz jak się zachować. W dodatku zgniotła i mnie ta "Ida", smutek wielki. Niemniej mocno wciągnęła mnie historia bohaterów i psychicznie przeczołgała, przed taką narracją nie sposób się obronić i pozostać obojętnym. Bardzo dobre kino obyczajowe.ida

 

Więc, jak już wspomniałam, ucieszyło mnie wyróżnienie "Idy", choć nie jaram się zasadniczo Oskarami. Wydawało mi się, że większość się będzie cieszyć. A tu BAM! Otwieram oczy i widzę hejty. Dowiaduję się, że to jest film antypolski. Że żydomasoneria. Że nagroda polityczna, która upokarza Polaków. WTF? No tak, zapomniało mi się słodko i na chwilę, że nie można snuć opowieści na tle wydarzeń niewygodnie prawdziwych. Że jeśli o przeszłości, to tylko budując pomnik, że Polak to wybraniec Boga, zawsze taki sam: dumny, dobry, wierzący i czysty jak łza. Że należy wyprzeć ze świadomości taką możliwość, że Polak też człowiek, a natura człowieka jest bardzo złożona i że jedni ratują ludzi w kłopotach, a inni korzystają. Jądra ciemności obijają się w Afryce, ewentualnie w Niemczech, u nas orzeł dumną wypina pierś – zawsze.

 

Historyczną alfą i omegą nie jestem, ba – noga ze mnie. Ale wychowałam się w Zawiściówku, miejscowości gdzie dwa niewielkie ryneczki połączone ulicą Langiewicza mają dość specyficzną zabudowę. Ten typ zabudowy jest charakterystyczny dla dawnych gmin żydowskich, a jakimś cudem nikt się w Zawiściówku nie przyznaje do bycia Żydem, bo Żydzi są źli. To ciekawe, bo na początku XX wieku połowę mieszkańców stanowili Żydzi. Liczący sobie 3853 mieszkańców w przeddzień II wojny światowej Zawiściówek do 1946 skurczył się o 1753 osoby. Przez 15 lat życia w Zawiściówku nie spotkałam Żyda. A ich domy stoją i nie są puste. Z dzieciństwa pamiętam chodnik przed podstawówką, ułożony z płyt w dziwne wzorki. O, takie były te chodnikowe płyty przed szkołą

grbb

 

Środa wśród nocnej ciszy

 

A poza tym w ogóle wszystko takie trudne. Takie szybkie. Takie pod górkę i takie na przekór. Takie, że tylko głową bić w biurko i dajcie mi wszyscy święty spokój. W dorosłości nadrabianie pochorobowych zaległości okazuje się gorsze niż przepisywanie zeszytów. I nie ma mocy, żeby mnie ktoś wyręczył. I nie odprężę się na chwilę nad szlaczkiem. Cholerne światełka monopolowych kuszą, a w domu pewnie jakaś chryja znowu i użeranie się z nie „moimi dorosłymi dziećmi‟. Modlitwa o Pogodę Ducha nie pomaga, Panie Boże daj mi kawalerkę, daj mi odpocząć od ludzi. Więc wracam sobie po długim dniu pracy, nakręcając w głowie swoje nieszczęście i po ciemku, do momentu aż 'pyk!', przypomina mi się, że mogę zadrzeć łeb w górę. I tam okazuje się, że widać jakieś gwiazdy, że nie ma mgły i śnieg nie pada. Przypomina mi się, że jestem odpowiedzialna za spokój u siebie w środku, dociera do mnie, że ta karetka co przejeżdża obok i wyje nie może wieść nikogo z moich (ten plus z tego, że są daleko, albo przynajmniej wieźliby ich od innej strony). A po syrenie już totalna cisza. Coś tam przejeżdża, ale zupełnie obok. Ktoś tam klnie, ale wcale nie do mnie. I ogarnia mnie uczucie tak wielkiej ulgi, że chce mi się śmiać. Ale nie będę, bo cisza ulgi brzmi zbyt cudownie. W tym krótkim spacerze do domu jestem poza czasem i dźwiękiem. Chętnie szłabym dłużej.

 

Czatowy czwartek

 

To, że karetka nie jedzie po moich nie oznacza, że ze zdrowiem wszystko ok. Jakaś choroba u kogoś zawsze musi być na tapecie. Ponieważ właśnie wyszłam z podłego przeziębienia i chwilowo nie dolega mi nic poważnego, udało mi się wymyślić coś w miarę wiarygodnego i pragnę skonsultować to z lekarzem. Niestety, nie mam nawet pomysłu z jakim. Przeglądam któryś raz z rzędu listę możliwych opcji w moim pakiecie Medicover (świetna rzecz!), no i dalej nie wiem. A przecież sprawę trzeba zbadać, bo przecież jeżeli to jest to, to może prowadzić do powikłań zakończonych zgonem. Więc drążę. Poświęcam się bez reszty eksploracji mojego konta medycznego i widzę, że mogę czatować z lekarzem! Że mogę zadać mu pytanie i liczyć na natychmiastową odpowiedź! Że on jest żywy i dostępny on-line do godziny 23! Fakt, trzeba było poczekać jakieś 15 minut, ale w końcu faktycznie zostałam zaczepiona przez jakąś panią doktor, która krótko i zwięźle poradziła mi co, gdzie i jak. Kulturalnie i bez wychodzenia z domu. Kocham Medicover, serio. I Internet.

 

W piątek osły

 

Uspokojona i zadowolona, na piątek umawiam się ze starym kolegą. Nie widzieliśmy się ze 2 lata i nie było łatwo wymyślić aktywność odpowiednią na takie reanimacyjne spotkanie. No bo ciekawe kto on właściwie teraz jest? W końcu padło na ZOO, które oczywiście powitało nas zamkniętą kasą. Spóźnieni (bagatela godzinę) staliśmy jak te osły pod bramą, aż uchyliło się okienko strażnika. Uprzejmie opowiedział nam, czego nie możemy już zobaczyć, a widząc nasze zrezygnowane miny – po prostu wpuścił.

 

Widok zwierząt w polskim ZOO pod koniec lutego to raczej depresyjna sprawa. Nawet misie polarne wyglądały na przybite, co tu gadać o kangurach. Wilk grzywiasty, dzikie koty, jakieś lamy – wszystko łaziło w kółko po swoich wybiegach i nie wykazywało cienia entuzjazmu. Jeśli któreś zwierzę na chwilę odrywało się od swojego dramatu, rzucało mordercze spojrzenia w głąb mojej duszy. Foki i mrówkojad podratowały ogólne wrażenie, ale prawdziwą wygraną wycieczki do ZOO było spotkanie z osłami. Do osłów podeszliśmy od strony furteczki, do której nie mogłam nie podbiec. W odpowiedzi na moje podbiegnięcie podbiegły i osły. Wszystkie. Wszystkie osły z wybiegu zakotłowały się przy furtce i nadstawiały łby do głaskania. Słuchały co do nich mówię, grzecznie zmieniały się w kolejce po pieszczoty, pozwalały poprawiać grzywki bez jakiegokolwiek sprzeciwu. Żadnych prób podgryzania, żadnego wycia. Nic z tych rzeczy. A nos osła okazuje się najmiększą i najdelikatniejszą rzeczą, jakiej kiedykolwiek dotykałam. Niniejszym ogłaszam, że chcę osła.

 

To nie ja, to Maciek!

 

Sobotnie zdziwienie rozciąga się w czasie i przestrzeni troszkę szerzej, obejmując wydarzenia sprzed wielu lat i ich konsekwencje. Ostatnio w jakiejś dziwacznej serii zaskakują mnie ludzie, którzy odmawiają brania odpowiedzialności za swoje zachowanie. Najpierw prośba o znalezienie pracy znajomej kleptomance, która zaakceptowała zerwanie kontaktów po ujawnieniu niechlubnej aktywności, a teraz uaktywnia się w potrzebie. Bardzo ciekawe... Wyobraziłam sobie nasz open space, jako prawdziwe Eldorado dla osoby o takich zainteresowaniach. O nie - nie. Jak dotąd w pracy (i to nie tej) zginęły mi tylko pierogi i chciałabym, żeby tak już zostało.

 

W domu z kolei w dalszym ciągu zachodzą zjawiska paranormalne, które doprowadzają np. do zepsucia odkurzacza, samotłuczenia naczyń, znikania garnków i przekładania szklanek do szafki z kubkami. Ponieważ staram się myśleć racjonalnie, postanowiłam przyjąć, że to nie duchy tylko sąsiedzi włamują się do nas, żeby robić psikusy. I mają doprawdy duże poczucie humoru – są zdolni włamać się tylko po to, żeby zalać swoje mieszkanie! Nie widzę innego wytłumaczenia, skoro moi współlokatorzy nic o tym nie wiedzą i szybciej poprzegryzaliby sobie gardła, niż przyznali do prawdy.

 

Ale to chyba dość powszechna postawa i można się z tego nawet pośmiać. Tak sugeruje historia dobrego kolegi, który moje domowe kłopoty skomentował historią o swojej siostrze. Otóż młodsza siostra Maćka tak bardzo przywykła do zwalania winy na brata, że jako dorosła już dziewczyna przyznała mu się do osobliwego problemu. Problem polega na tym, że wykręcając się od odpowiedzialności w rozmaitych sytuacjach również poza domem, np. w pracy, w dalszym ciągu z rozpędu wymyka jej się „To nie ja, to Maciek‟. Niestety, z upływem czasu to coraz rzadziej działa. 

 

 

 

 

© Portrety i inne bzdety
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci